Jak to jest z tymi Indiami? Dlaczego przyciągają? Piękne czy odrażające? Jechać czy nie?

Temat dzisiejszego wypracowania brzmi: gdzie najbardziej chciał(a)byś pojechać i dlaczego? Jaki jest Twój wymarzony kraj?

Niestety nie pokuszę się o jego napisanie, ale wiem – z rozmów z gośćmi i bohaterami festiwali slajdowisk, z codziennego czytania tysięcy internetowych komentarzy, blogów, forum, podróżników i turystów doświadczonych mniej lub bardziej – że w połowie lub więcej odpowiedzi pojawiłyby się Indie.

W tym słowie i wyobrażeniu świata za nim kryje się wszystko, co najpiękniejsze. Tęcza (bez skojarzeń) barw, cała ich gama i to tych o najwymyślniejszych nazwach – karminy, szkarłaty, akwamaryny, turkusy, burgundy, cyjany, cynobry, indygo i khaki, a nie jakieś zwyczajne, wyblakłe żółcie czy czerwienie; feeria zapachów z działu z przyprawami gigantycznego supermarketu – goździki, kardamon, kurkuma, curry, muszkatołowiec, szafran i te, których nasz nos nie rozróżnia; sceny z baśniowych superprodukcji – piękne kobiety z setkami złotych bransolet i sari w najwymyślniejszych kolorach i przystojni, odważni mężczyźni, którzy dla miłości przetańczą cały świat; słonie, małpy, tygrysy, błyszczące pałace, rozbuchane tysiącami rzeźb świątynie, potężne góry, rozległe pustynie, dzikie lasy, wielkie rzeki i wszystko inne, co wielki czarnoksiężnik wysypał na tym półwyspie z worka podpisanego Orient.

Udajpur (Udaipur)

Udajpur (Udaipur)

To wyobrażenie posiadają starzy i młodzi, kobiety i dziewczyny, biedni i bogaci, ze wsi i miast w Polsce i całej Europie. I choć zdają sobie sprawę, że są też Indie biedne, brzydkie, bezzębne, o pomarszczonej skórze, cierpiące miliony chorób, to żyjemy romantycznymi mitami, jak nazwała to Paulina Wilk, gdy prawie 2 lata temu rozmawialiśmy o Indiach, jak Wilk z Zającem.

Generalizując oczywiście, bo nie da się tego uniknąć, Zachód widzi Indie jako egzotykę wypełnioną leniwymi krowami, uśmiechniętymi ludźmi i roztańczonymi parami (Paulina Wilk określa je „zinfantylizowaną krainą słoni, maharadżów i kadzidełek”), bo nam to poprawia samopoczucie i dopiero wizyta w Indiach jest nauką. Dlaczego zatem tyle osób potrzebuje tej lekcji? Dlaczego tysiące ludzi pragnie zobaczyć Indie?

Mnie nigdy specjalnie nie ciągnęły, nie budziłem się w nocy zlany potem śniąc o Tadź Mahal; były gdzieś daleko, daleko w tyle na liście miejsc, które pragnę zobaczyć za Nową Zelandią, Rosją, Iranem, Uzbekistanem czy Boliwią.

Może dlatego, że byłem nieco bardziej świadomy rzeczywistości; może dlatego, że nie lubię ludzi w nadmiarze i nie cieszy mnie wpatrzenie 77000 oczu w jednego zagubionego mnie; może dlatego, że wolę otwarte przestrzenie; może dlatego, że jestem mało uduchowiony; może dlatego, że czułem wewnętrznie wyższą potrzebę czystości.

Świątynia szczurów w Deshnoku

Świątynia szczurów w Deshnoku

Nie przeszukiwałem zatem nerwowo portali w poszukiwaniu tanich biletów, ale gdy się takie trafiły, padła szybka decyzja. „Jedziemy” – razem z Łukaszem rzuciliśmy się w paszczę tygrysa, bo choć o Indiach nie śniliśmy, to była i jest w nas wystarczająca ciekawość świata. Mimo sporej odległości czasowej między kupnem biletów a wyjazdem, podróż była (nie)zorganizowana na wariackich papierach i niewiele brakowało, by w ogóle nie doszła do skutku.

W listopadzie zeszłego roku wylądowaliśmy jednak w końcu w Delhi z trzytygodniowym zapasem, co jak na ogrom kraju jest taką kroplą, jak my z Łukaszem czuliśmy się następnego dnia na ulicach miasta. Nie wiem, jaka jest kwantyfikacja ilości ludzi, które szły, biegły, stały, patrzyły się, siedziały, czekały, gryzły paznokcie. Dużo więcej niż dużo. Nie lubię dużych miast, a Delhi było dla mnie koszmarem.

To były dwa dni walki ze światem, walki o przestrzeń, o wszystko. Od poszukiwania domu w stogu siana w jednej z dzielnic przez mierzenie się z wielotysięczną masą zmierzającą do metra i równie ogromną masą turystycznych oszustów (słynny, dworcowy wkręt dobrze opisuje Patryk, jeden z Paragonów z Podróży w tekście „Co jest niefajnego w Indiach„), desperackie próby przejścia przez jezdnię i permanentny brak słońca skrytego pod tumanem pyłu i smogu.

Z Delhi uciekliśmy drugiego dnia, gdyż było emanacją, zwielokrotnieniem  wszystkiego, co w Indiach najgorsze i najbardziej odstręczające. Tłum, śmieci, smród moczu, brud i nędza tam wylewa się, kapie, płynie szeroką strugą spod murku oblewanego moczem przez kierowców tuk-tuków. To po prostu indyjska rzeczywistość podniesiona do potęgi absolutnej, co najmniej 20-milionowej.

Pozostałe 3 tygodnie były pełne wydarzeń frustrujących i budzących uśmiech, miejsc pięknych i paskudnych, jak twarz boksera po walce. Patchwork łachmanów klecących namioty najbiedniejszych i misternej mozaiki pokrywającej ściany Tadź.

Moja ulubiona indyjska krowa o imieniu "leżę w śmieciach i mam świat gdzieś"

Moja ulubiona indyjska krowa o imieniu „leżę w śmieciach i mam świat gdzieś”

Rozczarowaniem był Radżastan, który kusił pałacami i fortami wprost z okładek przewodników, ale okładki te okazały się mocno zakurzone. Po zobaczeniu trzech fortów, każdy kolejny wrzuca nas w dzień małego, obszarpanego indyjskiego świstaka (czyli w Indiach raczej kalkuckiego czy bombajskiego szczura).

Nie zachwyciło jedzenie i to wcale nie z powodu czyhającej już w toalecie biegunki (kłopotów żołądkowych praktycznie uniknęliśmy), ale swojej prostoty i powtarzalności. Ryż, chapati i kilka rodzajów warzywnych ciap w ulicznych budach i tanich restauracjach nudzą się po tygodniu, za to świeżych owoców i soków do końca nie mieliśmy dosyć.

Podróż po Indiach jest jednak przygodą samą w sobie i nieskończonym ciągiem zaskoczeń, których warto doświadczyć, ale nigdy nie poleciłbym jej jako pierwszej-drugiej samodzielnej wyprawy (my mieliśmy już za sobą kilka azjatyckich i afrykańskich podróży).

Niedowierzania – od pierwszej do ostatniej przejażdżki tuk-tukiem – jak to się stało, że wciąż nie widzieliśmy wypadku drogowego, chociaż reguły i pasy nie istnieją, wyprzedza każdy i wszędzie, lawirując między krowami i żebrakami.

Niekończącej się playlisty hinduskiego disco podczas 10-godzinnej nocnej podróży autobusem, w którym przez podłogę prześwitują dziury w drodze.

Niepoliczalnego tłumu ciągnącego w każdą stronę, chodzącego bez celu, śmiejącego się, wiwatującego i śpiewającego podczas Diwali.

Zmiany warty na granicy indyjsko-pakistańskiej w Wagah, która jest wydarzeniem całkowicie absurdalnym, nieprzystającym do naszego postrzegania świata, polityczno-społecznym reality show z tupaniem nogami i potrząsaniem głową.

Setek mnichów i turystów wsłuchujących się w nauki Dalajlamy w Dharamsali.

To również wspaniałe miejsca. Wieczorne piwo z widokiem na jezioro w Udaipurze, Amritsar – jedno z najbardziej niepowtarzalnych miejsc, w których byłem – nigdzie nie czułem się tak dobrze i tak spokojnie, jak siedząc przy świątyni i obserwując Sikhów; to świątynia szczurów w Deshnoku i dżinijskie świątynie w Ranakpurze, to wreszcie Tadź Mahal, który dla mnie akurat nie jest rozczarowaniem tylko prawdziwym cudem architektury.

Slogan mówi, że Indie kocha się lub nienawidzi. Ja jestem zgorzkniały i stoję neutralnie gdzieś pośrodku. Jak przed wyjazdem, nie czuję wciąż ich przyciągania i nie mam potrzeby powrotu, by zobaczyć inne miejsca, inny kolaż od Waranasi przez Hampi, Orchhę po Keralę.

Postanowiłem jednak spytać znajomych podróżników, blogerów, dziennikarzy o ich doświadczenia z Indiami, bo 7 punktów widzenia to nie jeden (w kolejności alfabetycznej):

Andrzej Budnik – podróżnik, w 2009 wyruszył w lądową podróż dookoła świata, wrócił miesiąc temu, www.loswiaheros.pl

„Indie to kraj tak bardzo zróżnicowany, że nie można go łatwo w żaden sposób zaszufladkować. Fakt, jednych szokuje, inni się w nim zakochują, a jeszcze inni są po prostu zniesmaczeni brudem, zgiełkiem i ogólnym chaosem panującym w tym kraju. To chyba właśnie dlatego każdego ciągnie do Indii, aby przekonać się na własnej skórze, jak tam faktycznie jest. Odczucia i odbiór tego kraju jest w dużej mierze uwarunkowany naszym bagażem podróżniczych doświadczeń i oczekiwań, jakie mamy w stosunku do niego.

Mnie osobiście najbardziej kręci ta spokojniejsza, lecz piękniejsza krajobrazowo część Indii. Tak samo jak w sąsiednim Pakistanie góry Karakorum, tak w Indiach właśnie Ladakh jest miejscem, do którego chciałoby się wracać tak często, jak to tylko możliwe. Indyjskie miasta to zdecydowanie nie moja bajka!”

Tomek Grzywaczewski - prawnik, podróżnik, dziennikarz i reporter. W 2010 r. zainspirowany książką „Długi marsz” i historią Witolda Glińskiego zorganizował Long Walk PLUS Expedition - wyprawę śladami grupy więźniów, którzy w 1941 r. uciekli z sowieckiego łagru i pieszo dotarli z Syberii do Kalkuty w Indiach. Przez pół roku pieszo, konno i rowerem przemierzał Jakucję, Buriację, Mongolię, pustynie Gobi, Tybet i Himalaje. W 2012 wraz z belgijskim podróżnikiem Louisem Philippe Loncke zorganizował wyprawę Poland Trek powered by Żegluga Wiślana – wyprawę o siłach własnych mięśni przez całą Polskę od Tatr aż do Morza Bałtyckiego. W 2013 wrócił na Syberię, by przemierzyć Martwą Drogę -miejsca związane z budową ostatniego wielkiego projektu Stalina kolei-widmo, czyli Transpolarnej Magistrali Kolejowej. tomaszgrzywaczewski.com

„Chyba nie jestem najlepszą osobą, żeby pisać o Indiach, bo spędziłem tam niecałe dwa tygodnie i to głównie w Kalkucie w Bengalu Zachodnim. Moja wiedza o Subkontynencie jest więc siłą rzeczy znikoma, a wobec Indii trudno pozostać obojętnym.

Różnej maści włóczykije, z którymi rozmawiałem, dzielą się na Tych, którzy kochają i tych, którzy nienawidzą Subkontynent. Jedni mówią, że brud, smród i ubóstwo. Słyszałem nawet o gościu, który po pobycie w Indiach był tak roztrzęsiony, że jak w drodze powrotnej – już w Polsce – zepsuł się pociąg, to puściły mu nerwy i… wyszedł z wagonu, chcąc pieszo dotrzeć do domu. Byleby tylko ta indyjska przygoda wreszcie się skończyła. Podobno potem zaprzestał wędrówek z plecakiem.

Inni wprost przeciwnie. Jak mantrę odmieniają przez wszystkie przypadki peany pochwalne na cześć Indii: niesamowita kultura, oszałamiające smaki i zapachy, niepowtarzalna atmosfera, fascynująca duchowość i tak dalej.

A ja cóż. Do Indii wjechałem po ponad pięciu miesiącach włóczęgi przez Azję. Nasza trasa wiodła głównie przez bezludne rejony tajgi, pustyni i Tybetu. Spodziewałem się zatem, że spotkanie z subkontynentem będzie pewnym szokiem, ale granica nepalsko-indyjska w Raxaul Baazar przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Na granicznym moście tłoczyły się samochody, rowery, skutery, krowy i setki ludzi pochłoniętych załatwianiem codziennych spraw. Dźwięk klaksonów mieszał się z pokrzykiwaniami handlarzy. Nad asfaltową szosą unosiły się tumany kurzu. Nigdzie nie było szlabanu, ani budki pograniczników. Gdyby nie nasza dociekliwość, nigdy nie znaleźlibyśmy budynku odprawy celnej i wjechalibyśmy do Indii nielegalnie.

W samym mieście tłok jeszcze się zwiększył. Ulice przypominały jeden wielki bazar (zresztą zgodnie z nazwą miasteczka). Z trudem przepychaliśmy nasze rowery pomiędzy skłębioną ludzką masą. Potem nastąpiło niespodziewane wpadnięcie w bagno oblewające jedną z głównych dróg (a przykryte eleganckim dywanem śmieci) i nocleg w położonym na tychże mokradłach hotelu, gdzie od malarycznych komarów nie oddzielała nas nie tylko szyba, ale nawet moskitiera.

W sumie nie spodziewałem się, że po pół roku wędrówki coś mnie jeszcze zaskoczy,  a tymczasem pierwsze spotkanie z Indiami było szokiem. W sumie do dzisiaj nie wiem czy negatywnym, czy pozytywnym. Żeby się o tym przekonać, będę musiał tam jeszcze kiedyś wrócić. Szok pozostaje i jak dla mnie to słowo opisuje Indie tak precyzyjnie, jak żadne inne.”

Kasia Jakubowska – indolożka, lektorka języka hindi i urdu, dziennikarka i podróżniczka. Gdy zasypia, myśli o problemach społeczno-politycznych pogranicza afgańsko-pakistańskiego. Spędziła kilka lat podróżując, studiując i pracując w Indiach (Delhi), Pakistanie (Islamabad) i Turcji. www.katrinajakubowska.com

„Tu się nie da nawet przejść na drugą stronę ulicy! – to zapamiętałam najlepiej z pierwszego pobytu w stolicy Indii w 2008 roku. Dwa lata później miałam tam spędzić rok. Przygotowana na najgorsze miło się rozczarowałam. Oswojone Delhi okazało się, pomimo wszelkich wad, cudownym miejscem do życia. I może tak jest z całymi Indiami? Trzeba je oswoić, żeby pokochać? Bo ilość bodźców na minutę może przerosnąć nawet amatorów ekstremalnych wrażeń. To takie miejsce, gdzie w jednej chwili kochasz to, co jest dookoła i w tej samej chwili nienawidzisz tego.

Indie to tak duży kraj, że każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Mają świetny PR – kolory, zapachy, uśmiechnięci ludzie, wspaniała przyroda. Ale kiedy tam lądujemy to wszystkie wyobrażenia o kolorowych, pachnących i uśmiechniętych Indiach zderzają się z miejskim tłumem, zgiełkiem, hukiem i …brudem. W dwa lub trzy dni zwiedza się najważniejsze zabytki dużych miast i rusza się dalej. Byle jak najdalej z wielomilionowych metropolii. Byle gdzieś, gdzie jest spokojnie.

Co ludzi ciągnie do Indii? Sama się nad tym zastanawiam, bo mnie ciągnęły głównie języki – hindi i urdu oraz współczesna literatura indyjska. Przyjechałam do Delhi, by kontynuować studia indologiczne. Chodzenie na uniwersytet, do pracy, robienie zakupów na obiad, mycie naczyń, jazda rowerem, miejskim autobusem, rikszą, picie soku ze świeżych owoców, brak wody w kranie w okresie letnim, brak ciepłej wody w zimie, naprawa butów u ulicznego szewca i wiele innych codziennych spraw to była moja rzeczywistość. Po Indiach i okolicznych krajach podróżowałam, jako mieszkanka Delhi. A że mówię w hindi, to szybko zjednywałam sobie przychylność Indusów.

Dzięki temu, że Delhi stało się moim domem dotarłam do różnych zakątków miasta, do których z braku czasu i ochoty turyści zazwyczaj nie docierają. Zakamarki dzielnicy sufickiej, dzielnica artystycznej bohemy, kaczki w najpiękniejszym parku w mieście. Rozmawiałam z ludźmi, z którymi podczas zwykłej podróży pewnie nie miałabym okazji się spotkać – protestujący przeciwko przemocy wobec kobiet, strajkujący rolnicy, „chodnikowi przedsiębiorcy”, czyli panowie zaparzający herbatę na ulicy, sprzedawcy ulicznych przekąsek, owoców i warzyw, wyciskacze soków, szewc i krawiec. Dziś, gdy mówię – dom, myślę – Kraków, Nowy Sącz i …Delhi.

Dla udający się do Indii mam dwie złote zasady, którymi się kieruję, gdy podróżuję po Subkontynencie: nie przyglądaj się niczemu zbyt dokładnie (bo za dużo zobaczysz) i nie patrz do góry, gdy jesteś w publicznej toalecie (bo zobaczysz złuszczającą się farbę z sufitu, a pośród niej pajęczyny i ich mieszkańców…).”

Robert „Robb” Maciąg – nauczyciel, podróżnik i fotograf. Uwielbia fotografować ludzi i niespiesznie poznawać świat na rowerze; przejechał w ten sposób Chiny i półwysep Indochiński, dotarł do Indii i pokonał Jedwabny Szlak. Zaowocowało to kilkoma książkami, m.in. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę”, „Rowerem w stronę Indii”, „Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku” oraz wieloma artykułami prasowymi. www.ku-sloncu.org

„Byłem w Indiach już kilka razy i wrócę tam jeszcze nie raz i nie dwa, ale gdy byłem tam pierwszy raz, wszystko było nie tak jak oczekiwałem. Było obrzydliwie gorąco, otaczał mnie tłum ludzi, każdy coś ode mnie chciał. Wcale mi się nie podobało. Było do niczego, a przecież miało być tak wspaniale. Duchowo, kolorowo i malowniczo.

Kolorowe były krowy, kupki śmieci i kobiety ubrane w sari. Duchowości nie widziałem żadnej, a malownicze to były góry, do których dotarłem dopiero następnym razem. Postanowiłem, że więcej już tutaj moja noga nie postanie, że wszystkie te indyjskie legendy to jakieś bajki nawiedzonych hipisów, a nie “true spirit of India”.

I nagle przyszło objawienie. To ze mną było coś nie tak, a nie z tym krajem. To moje oczekiwania były wypaczone, moje marzenia nie przystawały do rzeczywistości. Bo rzeczywistość była sobą. Była taka, jaka była i tylko ja chciałem, by była inna. Błąd.

Dziś patrzę na Indie jako wielkie lustro naszej duszy i naszego temperamentu. Ten kraj, jego ludzie, zapachy, klimat i filozofia codzienności wzmacniają w nas to, co w nas i tak już najsilniejsze. Pokazują nam nasze prawdziwe oblicze.

Kto lubi porządek i logikę, ten w Indiach zginie.

Kto kocha chaos, płynięcie z kolorowym nurtem, ten Indie pokocha.

Kto lubi, by świat mu się podporządkował, ten nigdy nie powinien tu przyjeżdżać, a kto kocha odkrywanie, nie boi się nagłych zmian i może czekać kilka godzin, by autobus wypełnił się do ostatniego miejsca i dopiero wtedy odjechał, ten nigdy nie będzie chciał stąd wyjechać.

Bo Indie to kraj, do którego trzeba się dostroić. Odrzucić nasz sposób myślenia i dać się ponieść.

Tomek Michniewicz – dziennikarz, backpacker, fotograf, radiowiec i aktywista. Autor książek: „Samsara. Na drogach, których nie ma” oraz „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów”, redaktor naczelny serwisu podróżniczego KoniecŚwiata.net. Kojarzony z anten radiowej Jedynki i Trójki, a wcześniej dziennikarz m.in. „Polityki” i Polskiego Radia BIS.

„Zawsze mnie dziwiło, że tylu ludzi wybiera Indie na swoją pierwszą podróż. Ciągnie się za nimi jakaś magia, od lat 60., kiedy to zachodni artyści wszelkiej maści ciągnęli tam w poszukiwaniu duszy i swojej drogi w życiu (choć znajdowali głównie tani haszysz i dziewczyny). Potem filmy i książki, i zdjęcia, i oto mamy powszechnie współdzieloną „magię” miejsca, która przyciąga. Jeśli więc ktoś dopiero zaczyna swoje podróżowanie, na pytanie „dokąd jechać?” często w pierwszej kolejności wpadnie mu do głowy właśnie myśl – do Indii. No i potem jest zdziwienie, że na zdjęciach to wszystko wyglądało jakoś lepiej.

Moim zdaniem Indie do kraj dla już nieco doświadczonych backpackerów. Takich, których nie przytłoczy syf, brud, bieda, góry śmieci i kompostu na ulicach, totalna biurokracja, ścisk i gigantyczne odległości. Jeśli ktoś nawykł już do takich trudów, pojedzie i wróci bez większego bólu, bo gorzej niż w Bangladeszu czy RŚA, umówmy się, nie będzie. Na pierwszy strzał wydaje mi się to jednak ryzykowny wybór.

Kultura jest fascynująca, obrzędowość też, jedzenie świetne, ale koszty zmęczenia, stresu i częstej nerwówki, jeśli ktoś nie jest jeszcze otrzaskany z życiem w podróży mogą spowodować, że końcowy bilans wyjdzie na minus. Zawsze polecam na pierwszy raz Tajlandię, Malezję, Wietnam lub Maroko. Indie są i mogą być fascynujące, ale tylko jeśli cię nie przytłoczą, a na to trzeba być już jakoś przygotowanym.

Inna sprawa, że gdy ktoś opowiada o „podróży do Indii”, najczęściej mówi o klasycznej trasie Delhi – Agra – Varanasi albo ewentualnie Bombaj – Goa, czyli którymś z dwóch najbardziej przedreptanych szlakach. To jest tak gigantyczny kraj, i tak zróżnicowany, że wystarczy trochę zboczyć ze ścieżki, żeby przeżyć go zupełnie inaczej. Albo w górach w Ladakhu, albo w Kerali, albo w części Assam/Nagaland (trzeba mieć permit do wizy). Turystów – o wiele mniej, więc i trochę mniej podróżnej orki i użerania się. Może warto je więc zacząć poznawać z innej strony?”

Bartek Szaro i Patryk Świątek – studenci, podróżnicy niskobudżetowi, ich blog „Paragon z podróży” zdobył tytuł nagrodę główną w konkursie Blog Roku 2011; są autorami książki „Poradnik taniego podróżowania”

Swoją podróż (obejmującą też Nepal) podsumowują w ten sposób: „To było 60 kolorowych dni. Były choroby, wymioty, poodciskane pośladki od twardych, wysłużonych autobusowych siedzeń, krwiożercze pijawki, sosy niewdzięcznie palące całą gębę, tynk sypiący się na łeb, mieszkania zorganizowane w prowizorycznych namiotach, masowe sranie przy kolejowych torach, nieustępliwe krowy, kobiety targające na plecach olbrzymie szafy, mężczyźni z hakami wbitymi w plecy, małpy słuchające płyt CD, otępiająca muzyka, odurzające zapachy, niezrozumiałe gesty, przenikliwa wilgoć i dokuczliwy upał. Podróżowaliśmy w towarzystwie niewidzianych dotąd uśmiechów, nienapotkanej wcześniej obojętności, syfu ludzkiego bytu, śmieci będących niczym chwasty, wrzynających się głęboko w świadomość niezrozumiałych spojrzeń, niewinnej dziecięcej radości, pewnej postawy ludzi gór, cwaniactwa uliczników, sytuacyjnych żartów i pysznych gum za 6 grosze sztuka”

W blogowej notce „Co jest fajnego w Indiach” zebrali 14 rzeczy, we wpisie „Co jest niefajnego w Indiach” tylko 10, więc podsumowanie wychodzi na plus.

24 comments on “Jak to jest z tymi Indiami? Dlaczego przyciągają? Piękne czy odrażające? Jechać czy nie?
  1. Zgadzam się w 100% Indie jest to taka mozaika różnorodności że nie da sie tego opisać , Tylki i wyłącznie trzeba to zobaczyc przeżyć samemu. U mnie Indie budzą bardzo skrajne emocje z jednej strony zachwyt tym krajem zabytki, parki narodowe, góry, plaże z drugiej strony ludzie i styl „bycia” który w żaden sposób nie jestem w stanie zaakceptować.
    Zapraszam do odwiedzin w między czasie do mnie http://www.iopodrozach.blogspot.com/ blog bardziej o Polsce i krótkich minimalistycznie budżetowych wyjazdach.

  2. Zdecydowanie polecam. Zwiedzałem tzw. Złoty trójkąt, czyli Delhi-Agra-Jaipur i odpoczywałem na Goa.
    Nigdy nie lubiłem tłumów ludzi, ale wyjeżdżając wiedziałem z wielu przeczytanych relacji, na co się decyduję. Oczywiście byłem, pomimo wszystko, zaskoczony: mnogością ludzi, zapachów, kolorów, ogromną biedą, ale jednocześnie ogromnym entuzjazmem ludzi, uśmiechem pomimo ciężkiej pracy.
    Podobały mi się wszystkie zwiedzane miejsca, chociaż oczywiście, są zaniedbane.
    Wyjeżdżając należy również pamiętać o pogodzie. Styczeń w Delhi oznacza bardzo chłodne ranki i wieczory, a w ciągu dnia jest ciepło, w tym samym czasie na Goa jest około 30 stopni celsjusza.

  3. Autor nie powinien był w ogóle jechać do Indii, niech jeździ sobie na Wyspy Kanaryjskie. Jeśli ktoś ma negatywne nastawienie już przed przyjazdem, niechęć do tłumów i dużych miast to nie może taka podróż się udać. Ja w Indiach byłem 3 razy. Kraj jest fascynujący, zabytki wspaniałe, ludzie interesujący. Oczywiście jest to południowa Azja i nie uniknie się tu tłumów, ani smrodu w wielu miejscach. Ludzie wbrew pozorom są bardzo czyści i myją się częściej niż Polacy. Tak! Jedzenie w Indiach jest bardzo różnorodne, ale jak ktoś się żywił tylko na ulicznych straganach lub podrzędnych barach to być może nie widział nic więcej jak kilka „paciaj”. Ja chodzę w Polsce raz na tydzień/dwa do indyjskich restauracji, a ta kuchnia jest moją ulubioną. No ale jak dla kogoś schabowy jest szczytem sztuki kulinarnej, to nie dziwię się, że kuchnia indyjska mu nie odpowiadała, tak jak i cała reszta.

  4. W pewnym momencie, po trzech tygodniach pobytu przełamałem sie i … nie nie pokochałem tego kraju ale… hmmm poczułem się swobodnie… to chyba najlepsze określenie… Wydazyło sie to na zatłoczonym dworcu gdzieś na południu.. chyba to była GOA ale ręki nie dam sobie uciąc… momoent był dość szczególny ponieważ akurat wtedy pierwszy raz w Indiach dopadły mnie kłopoty natury… hmmm trawiennej (kazdy wie o co chodzi)… a toalety jakię sa w Indiach na dworcach – każdy wię :-)… nie duzo gorsze niż w PL ;-) w kazdym razie po skorzystaniu z tej toalety na sposób hinduski poczułem pewną więź z ludzmi i przestałem czuć swego rodzaju strach i wyocbowanie.. zrozumiałęm ze moge tam w miare normalnie funkconować… nie zgine … że brud i smród mozna zaakceptować… nie wolno sie nimi przejmowac bo inaczej człowiek się wykończy… trzeba je zaakceptowac jeżeli chce się być z Indiami na ty… jezeli sie chce tam spędzić wiecej czasu trzeba zdjąc klapki i pochodzić boso po ulicy i pobrudzić sobie stopy.. to zapewni a komfort jakiego szukałem przez 3 tygodnie i dopiero go doświadzczyłem w toalecie na dworcu… Moja miłośc do Inddi wypłynęła dopiero po kilku miesiacach w PL… coraz bardziej zaczynam tęsknić za Indiami i ta swoboda jaką poczułem wtedy na dworcu… Pozdrwaiwam wszystkich podróżników :-)

  5. To co może przerażać w Indiach to narastające lawinowo zaśmiecenie. Tam się nie sprząta śmieci z ulic. Jak ktoś coś rzucił 20 lat temu na ziemię i żadna krowa, czy żaden szczur tego nie zeżarł, to leży do dziś i będzie leżało za 20 lat… głównie wszystkie plastiki. A co do reszty, to na prawdę warto być, ale nie w wyprawach mierzonych w dniach czy tygodniach, tylko co najmniej w miesiącach. I tak czasu będzie za mało.

    • Tak się zastanawiam czy Hindusi dadzą radę posprzątać swój kraj jeśli kiedyś musieli by to zrobić.
      A tak swoją drogą każdy powinien tam pojechać by docenić to co ma w Polsce .

      • …i to jest chyba jedyny NAPRAWDĘ DOBRY powód, aby tam się wybrać osobiście – mimo, że wszystko na ten temat możemy zobaczyć/przeczytać w Sieci i w książkach, bez narażania się na bezpośredni kontakt z tą… ludnością, powiedzmy.

  6. Pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie właśnie z New Delhi. Jestem tu od miesiąca, będe tu jeszcze dwa miesiące. Jakie są Indie? Nikt nie jest w stanie ich opisać. Jest to kwestia indywidualna. Jeśli dreczą was pytania musicie tu przyjechać i sprawdzić to na własnej skórze. Zgadzam się , że Indie lepiej odwiedzić majac już pewne doświadczenie podróżnicze. Ale to chyba jedyne wymaganie. Jeśli jest w Was ciekawośc to mależy ją zaspokoić. Zaraz zapewne usłysze, że to kosztowne. Okazuje się, że niekoniecznie. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do strony ambasady Indyjskiej w Warszawie. Prosze przejrzeć ją bardzo dokładnie a okaże się, że dla wielu z was wyjazd tutaj może być bezpłatny …. Pozdrawiam serdecznie i życze miłych poszukiwań…. To co oferuje ambasada jest prawdziwe i bez ‚ haczyka’.
    Polecam wyjazd zimą: teraz w dzień jest 20-25 C, nocą jest chłodno 5- 10 C

  7. 5 wariatek wybrało się w podróż na południe. Świadome tego co może nas spotkać. Smrodu, nędzy dookoła, biedy. Widziałyśmy uśmiechnięte dzieci mieszkające na ulicy, szczury jak czołgi, sypiące się domy. radosnych taksówkarzy, domy gwiazd kina, śmieci i śmieciarki, zapchane toalety i czyste toalety szczególnie te ,,na Małysza”. Czułyśmy się świetnie i swojsko, wiem, że to czego byłyśmy świadkami to tylko niewielki fragmencik, mnie się jednak bardzo podobał. Jednak gdy ktoś mnie pyta czy warto pojechać, zadaję pytanie: czego oczekujesz, czego się spodziewasz? Indie nie są dla wszystkich, to miejsce wielkich kontrastów, widocznych na prawie każdym kroku, niewyobrażalnego bogactwa i slamsów, eleganckich ulic, i w ich pobliżu ,,sikalni”. Szczurów i krów oraz małp, wrednych i agresywnych. Indie to piękny kraj, Indusi sympatyczni ale jak przystało, na ludzi żyjących w ciepłym klimacie ,,powolni” :).
    A w sumie, póki nie spróbujesz nie wiesz czy Ci smakuje.

  8. jak to się stało, że wciąż nie widzieliśmy wypadku drogowego, chociaż reguły i pasy nie istnieją,—-istnieja istnieja kazdy trabi jak chce? otoz nie – jeden trabi bo bedzie skrecal a drugi trabi ze pojedzie prosto trzeba sie w sluchac kazde trabniecie oznacza cos innego

  9. po co w ogóle tam pojechaliście? Poradnik napisaliście? chyba dla paniuś z solarium. Straszne i karygodne bzdury. Lepiej siedźcie następnym razem przy basenie .

  10. „Chodzenie na uniwersytet, do pracy, robienie zakupów na obiad, mycie naczyń, jazda rowerem, miejskim autobusem, rikszą, picie soku ze świeżych owoców, brak wody w kranie w okresie letnim, brak ciepłej wody w zimie, naprawa butów u ulicznego szewca i wiele innych codziennych spraw to była moja rzeczywistość.”

    No, tak: w Krakowie (czy Nowym Sączu) ta pani nie miałaby szansy na „chodzenie na uniwersytet, do pracy, robienie zakupów na obiad, mycie naczyń, jazdę rowerem, miejskim autobusem, rikszą, picie soku ze świeżych owoców”. Zapewniam, że w Krakowie również są riksze (takie nowocześniejsze) – a jeśli ktoś nie chce ciepłej wody (lub w ogóle nie lubi mieć wody w kranie) – to może zaniechać płacenia rachunków, i nie będzie miał. I świeże owoce również można kupić, i sok sobie z nich wycisnąć.

    Takie brednie to może wypisywać tylko kompletnie zblazowany Europejczyk, któremu już wszystko się znudziło, i nie bardzo wie, co ma właściwie ze sobą zrobić.

    „Rozmawiałam z ludźmi, z którymi podczas zwykłej podróży pewnie nie miałabym okazji się spotkać – protestujący przeciwko przemocy wobec kobiet, strajkujący rolnicy, „chodnikowi przedsiębiorcy”, czyli panowie zaparzający herbatę na ulicy, sprzedawcy ulicznych przekąsek, owoców i warzyw, wyciskacze soków, szewc i krawiec. ”

    A uliczni „parzyciele” herbaty, czy wyciskacze soków to faktycznie tacy pasjonujący rozmówcy? Stawiam dolary przeciw orzechom, że chyba jednak nie bardziej, niż w Krakowie np. uliczne sprzedawczynie bajgli. A jak ktoś lubi zagadywać do ulicznych sprzedawców, to na Kleparzu może obracać gębą cały dzień. Czy po to się jedzie do Indii? Jakie „mądrości” spodziewa się ta kobieta od tych biedaków usłyszeć?

    „nie przyglądaj się niczemu zbyt dokładnie (bo za dużo zobaczysz)”

    To PO CO w ogóle mam tam jechać, skoro nie mam „za dużo” ujrzeć?

    Sorry, ale takie „wyrazy fascynacji” są po prostu głupie. Moim zdaniem piszą je ludzie totalnie znudzeni, którzy sami nie bardzo wiedzą, czego właściwie chcą, czego szukają – i o co właściwie im chodzi. Wmawiają sobie, że coś, coś na pierwszy rzut oka (normalnego człowieka) jest gorsze – nie jest gorsze, tylko „inne”. Bo skoro „inne” to już niby wartościować nie można (w sumie nie wiadomo czemu). Wtedy nagle wydaje im się, że „doznali olśnienia” w obliczu brudu i syfu, jak choćby ten Pan:

    „I nagle przyszło objawienie. To ze mną było coś nie tak, a nie z tym krajem. To moje oczekiwania były wypaczone, moje marzenia nie przystawały do rzeczywistości. Bo rzeczywistość była sobą. Była taka, jaka była i tylko ja chciałem, by była inna. Błąd.
    [..]
    Kto kocha chaos, płynięcie z kolorowym nurtem, ten Indie pokocha.”

    A kto kocha chaos, brud, syf, zgiełk i tłumy, od których nie można uciec? Chyba kretyn.

  11. „33-letnia kobieta i jej córka podróżowały z miasta Mathura, gdzie mieszkały, do New Delhi. Tam Polka została zgwałcona przez taksówkarza. Przedstawiciel policji Rajan Bhagat powiedział, że kie­rowca odurzył kobietę, a później, kiedy była nieprzytomna, zgwałcił ją.

    Kobieta ocknęła się na ławce niedaleko stacji kolejowej w New Delhi ze swoją córką, która stała obok niej i płakała – podają oficjalne źródła, na które powołuje się channelnewsasia.com”

    http://tinyurl.com/pw4d75u

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook