Być jak Frodo i wejść do Mordoru, czyli trekking w Tongariro – zachwyty i informacje praktyczne

Było mroczno, jak na Mordor przystało. Ciemne chmury tworzyły ponurą zasłonę zlewającą się z zielono-brązowymi kulami kępiastych traw. 30 km na południe rozświetlał horyzont potężny, zaśnieżony masyw Ruapehu.

Dzień wcześniej podjechaliśmy pod niego wraz z „The Coxes”. Sięgająca 2797 m n.p.m. góra to najbardziej aktywny wulkan Nowej Zelandii. Ostatnia duża erupcja miała miejsce w 1996 roku, ale w ostatnim dziesięcioleciu niemal co roku dawał oznaki wzmożonej aktywności i wywoływał niebezpieczne lahary (lawiny błota i popiołów). Pomimo tego na zboczach Ruapehu znajdują się dwa ośrodki narciarskie Whakapapa i Turoa, które podczas nowozelandzkiego lata wyglądały wyjątkowo smutno, a jedyną oznaką życia było kołysanie się krzesełek na wietrze.

Laurę, Helen i Maddena Cox poznałem na kempingu w Turangi. Z powodu bardzo silnego wiatru Tongariro Alpine Crossing zostało zamknięte, więc zwiedzaliśmy okolicę – początkowo głównie zza szyb samochodu, gdyż z nieba wylewały się wiadra wody. Na szczęście kolejnego dnia wypogodziło się, a wiatr zelżał i mogliśmy wspólnie wejść na szlak uznawany za najlepszy, jednodniowy trekking w Nowej Zelandii.

Zamknięcie trasy na jeden dzień spowodowało, że chętnych było wyjątkowo dużo. Od parkingu Mangatepopo do Soda Springs ciągnął się długi sznurek wędrowców, z których większość wysyłała w szarówkę poranka charakterystyczny szwargot. „Ze Germans!” stanowili ok. 80% turystów (podczas mojej całej podróży po Nowej Zelandii Niemcy byli, dość zaskakująco, zdecydowaną większością gości, zwłaszcza na Wyspie Południowej).

Przy Soda Springs Laura zwątpiła w swoje siły. „Diabelskie Schody” to – obok odcinka z Krateru Południowego (South Crater) do Czerwonego Krateru (Red Crater) – najbardziej wymagający fragment treku. Różnicę wysokości 300 m pokonuje się w około godzinę. Tutaj wąż turystów zaczął się wyraźnie rozciągać. Z moimi przesympatycznymi Kiwi znajomymi postanowiliśmy się rozdzielić, aby każdy szedł swoim tempem. Dziewczyny zostały z tyłu, Madden popędził do góry, jak właśnie introdukowana, nowozelandzka kozica, a ja podążałem krokiem ociężałego, polskiego zająca.

Spotkałem Maddena przy rozwidleniu szlaku na Ngauruhoe. Skuliliśmy się za wielkim głazem, kryjąc przed przenikliwym wiatrem i, zamiast w odrętwienie, popadaliśmy w zachwyt. Na 1650 m chmury się rozpłynęły i pierwszy raz zobaczyliśmy Górę Przeznaczenia w całej okazałości. Mount Ngauruhoe to wulkan idealny. Niemal symetryczny, brązowo-czarny stożek. Mount Doom. Wejście na szczyt i powrót zajmuje dodatkowe 3 godziny, na co nie mogłem sobie pozwolić, gdyż jeszcze tego dnia musiałem ruszyć dalej w drogę do Wellington. Prom nie czeka.

South Crater dał chwilę wytchnienia i zostawił warstwę żółtego pyłu na butach. Madden został, by poczekać na siostry, więc musiałem zmienić towarzysza. Byliśmy nierozłączni przez całe trzy tygodnie na Nowej Zelandii. Wiatr. Porywisty, uciążliwy, nieprzyjemny. Sprawiający, że odczuwalna temperatura przy 25 stopniach tamtejszego lata, spada do 16-18O (na szlaku było oczywiście zdecydowanie zimniej – kilka stopni, w słońcu ok. 10O). W Kieleckiem są szczęściarzami.

Na odsłoniętej grani prowadzącej do Czerwonego Krateru zrozumiałem, czemu zamknięto szlak, gdy podmuchy osiągały 60-70 km/h. Przy wietrze o połowie słabszym były momenty, w których trudno było posuwać się do góry i żałowałem, że nie wziąłem rękawiczek. Przeczuleni na punkcie bezpieczeństwa Nowozelandczycy nigdy nie pozwoliliby sobie, żeby kogoś „zdmuchnęło” w otchłań Emyn Muil.

Gdyby nie wiatr, przesiedziałbym na grani godzinę lub dwie. Z jednej strony żółto-brązowa połać Krateru Południowego i wyciągnięta z foremki Ngauruhoe, z drugiej – Mordor. Ponure, czarne pustkowie z poszarpanymi graniami i bombami wulkanicznymi wielkości małego samochodu, zza których po chwili mogły się wyłonić kędzierzawe czupryny Frodo i Sama.

Red Crater to najwyższy punkt Tongariro Alpine Crossing. Na wys. 1886 m n.p.m. spełniło się powiedzenie „pogoda w górach zmienia się błyskawicznie”. Ostre słońce zamieniło się w mleczną mgłę, w której ześlizgiwałem się po wulkanicznym piarżysku przez kilkaset metrów. Na szczęście chmury znów się rozpłynęły, a w dole połyskiwały Szmaragdowe Jeziora. Błękitne oczka nadają scenerii posmak całkowitej nierealności. Są jak oazy, pozorne oznaki życia wtopione w krajobraz księżycowej apokalipsy. Są zarazem ostrzeżeniem, jak jaskrawe ubarwienie amazońskich żabek wydzielających przez skórę silne toksyny…

Za Emerald Lakes przechodzi się przez płaski Central Crater, by wdrapać się nieznacznie w kierunku Błękitnego Jeziora. Blue Lake wygląda równie ułudnie i jest uznawane za święte – nad jego brzegami nie powinno się jeść ani pić.

Ostatnie 7-8 km szedłem praktycznie sam. Oprócz wiatru towarzyszyła mi tylka chmura wydobywająca się z Te Maari. Ten niewielki krater na północnych zboczach Tongariro jest Rāhui – obszarem zamkniętym. W sierpniu 2012 r. Te Maari wyrzucił z siebie chmurę pyłów i bomb wulkanicznych, które zniszczyły dach Ketetahi Hut – górskiej chaty odległej o 1,5 km. Wywołał również lahar, którego skutki usuwane są do dziś.

***

Usiadłem na kamieniu. Przede mną zostały jeszcze 2 km zygzaka przez alpejską łąkę. Przez falującą, brązową płachtę przebijała się biel stokrotek, a w oddali połyskiwało jezioro Rotoaira. W powietrzu unosiło się brzęczenie cykad, piski świergotków nowozelandzkich i zapach siarki. Tongariro mruczał, puszczając białe chmury dymu.

Informacje praktyczne:

  • Tongariro Trek (Tongariro Alpine Crossing) liczy 19,4 km. Jego przejście zajmuje 6-7 h (mam raczej przeciętną kondycję i przeszedłem go w 6 h). Szlak ma umiarkowaną trudność – męczące są Diabelskie Schody między Soda Springs a South Crater i grań do Red Crater. Nie ma łańcuchów i niebezpiecznych, eksponowanych fragmentów. Można go pokonywać w obu kierunkach, najczęściej polecany jest kierunek Mangatepopo – Ketetahi.

  • Dojazd: wejścia na szlaki są dość odległe od cywilizacji. Najwygodniejszą opcją jest shuttle bus (kilka firm) z Tongariro Holiday Park (najbliższy kemping), Turangi lub Taupo (dla tych, którzy zatrzymują się w mieście, by korzystać z jego atrakcji i tylko dojechać na trekking) do Mangatepopo i powrót z Ketetahi. Kursy wykonywane są w kilku porach między 6.00 a 9.00, powroty co godzinę od 13.00 do 17.00. Koszt: 35$ NZL z Tongariro Holiday Park, 40$ z Turangi, 55$ z Taupo. Trzeba pamiętać, że nawet Tongariro Holiday Park jest oddalony od obu początków szlaku o 15 km, najbliższa miejscowość – Turangi o 30 km od parkingu Ketetahi (40 minut jazdy), a Taupo aż 80 km. Jeśli zostawimy samochód przy jednym z wejść i przejdziemy cały szlak, to dzieli nas 25 km szosą od auta. Możliwe jest zostawienie samochodu przy Ketetahi, zapłacenie shuttle busa do Mangatepopo i wtedy schodzimy do własnego pojazdu. Raczej nie polecam autostopu – droga jest rzadko uczęszczana, nawet w wakacje; w ciągu godziny w środku dnia minęło mnie 10 samochodów.

  • Całość trekkingu odbywa się w parku narodowym – zabronione jest biwakowanie, schodzenie ze szlaku, etc. Na trasie nie ma wody pitnej. Nawet w lecie temperatury są niskie, więc warto ubrać się warstwowo (bielizna termiczna, softshell, dobra kurtka).

  • Ostatnie toi-toie znajdują się przy Soda Springs.

  • Ze względu na wiatr lub oznaki aktywności wulkanicznej szlak może zostać zamknięty.

2 comments on “Być jak Frodo i wejść do Mordoru, czyli trekking w Tongariro – zachwyty i informacje praktyczne
  1. W Nowej Zelandii spędziłem prawie pięć lat. Piękny kraj ale tak odległy, wyludniony i anty-socjalny, że pod koniec pobytu musiałem leczyć się na depresję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook