Najlepsze miasta do życia? Auckland i Wellington – atrakcje i informacje praktyczne

Z góry Eden widać Auckland jak na dłoni, choć trzeba szeroko rozcapierzyć palce. Przedmieścia ciągną się, rozlewają, pochłaniają zieloną przestrzeń aż po horyzont. Małe, białe domki, czerwone i niebieskie dachy tworzą pstrokaty patchwork, wciskając się i rozpychając, bez krzyku „ja tu jestem!”, w bujną zieleń Antypodów. Zbijają się w wielką połać, lgną do dróg i do oceanu, zostawiają jedynie trochę oddechu parkom, boiskom i wulkanom (których w obrębie największego nowozelandzkiego miasta jest ok. 50).

Auckland, widok na przedmieścia z Mount Eden

Auckland, widok na przedmieścia z Mount Eden

Na jednym z nich zresztą stoimy. Mount Eden. Góra Raj. Nazwa adekwatna dla miasta uznawanego od lat w analizach Mercera i The Economist za jedno z „najlepszych do życia”. Dzielnica wokół jest zresztą jedną z bardziej prestiżowych w mieście, choć tutejszym willom daleko do cen znad zatoki Okahu, gdzie za dom na klifie z widokiem na ocean trzeba zapłacić 2-3 mln dolarów nowozelandzkich, a niektóre osiągają nawet 15-20 mln.

Góra Eden znana jest powszechnie jako najlepszy punkt widokowy w Auckland – nie licząc platformy na słynnej Sky Tower. Eden wznosi się na blisko 200 m i pozwala objąć wzrokiem niemal całe miasto (oraz zobaczyć kształtny, książkowy krater o głębokości 50 m – zejście zabronione). We wszystkie strony świata rozwija się dywan domków. Nie bezcelowo na dworcu autobusowym, kioskach czy w centrach informacji turystycznej leżą darmowe mapki miasta i komunikacji autobusowej dzielące Auckland na północ, południe, zachód i wschód. Z dzielnicy Massey na zachodzie chociażby do Flat Bush na wschodzie jest 40 km – bez korków na autostradzie 40 minut jazdy; z lotniska do centrum ok. 20 km.

Jedynie na północ od góry wybija się, nieco samolubnie i stanowczo, stalowo-szklane centrum. Downtown. Auckland CBD czyli centrum biznesowo-administracyjne z siedzibami międzynarodowych korporacji, bankami, biurowcami, apartamentowcami.

Auckland, widok na centrum z Mount Eden

Auckland, widok na centrum z Mount Eden

To w niedużym obszarowo prostokącie między nabrzeżem (Waterfront) a północno-zachodnią autostradą z życiodajną tętnicą Queen Street dzieje się najwięcej. Tu się zarabia duże pieniądze, imprezuje, szuka noclegu w hostelu lub szczęścia (i drobnych) przygrywając na gitarze, je lunch w ekskluzywnej restauracji lub chwyta na szybko burgera bądź sushi, wsiada w pociąg, autobus lub prom, idzie do galerii. Tutaj się – jak na rytm nowozelandzki – pędzi. 3 razy szybciej niż w innych częściach Wyspy Północnej i 5 (albo i 10) razy szybciej niż na prowincji Wyspy Południowej. W centrum Auckland garnitury mieszają się z klapkami, a torby na laptopy widnieją w rękach równie często, jak jajowate piłki. Powaga miesza się z luzem. Wszystkim jednak żyje się dobrze.

W rankingu Quality of Living 2014 Mercera (jednej z największych na świecie firm konsultingowych i HR) opublikowanym dwa miesiące temu, Auckland zajęło 3 miejsce na 223 sklasyfikowane miasta. Przegrało tylko z Wiedniem i Zurychem, które „okupują” czołówkę od kilku lat; wyprzedziło Monachium, Vancouver, Düsseldorf i Frankfurt. W 2012 r. Auckland również było 3, dwa lata wcześniej – 4.

Mercer opiera swoje badania na ankietach wśród mieszkańców (także ekspatów), w których oceniają 39 czynników z różnych kategorii, takich jak stabilność polityczna, przestępczość, usługi bankowe, cenzura, wolność osobista, służba zdrowia, zanieczyszczenia powietrza i środowiska, edukacja, komunikacja miejska, ruch uliczny, dostępność wody, elektryczności i żywności, kultura, rozrywka i rekreacja, rynek nieruchomości, etc.

Auckland, centrum

Auckland, centrum

W podobny sposób swój ranking „życiowości” – Global Liveability sporządza prestiżowe pismo The Economist. W nim Auckland uplasowało się na 10. miejscu na świecie głównie za miastami australijskimi i kanadyjskimi. I jak można się spierać o zasadność czy prawdziwość deklaracji, tak nie można zamykać oczu na powtarzalność wyników od lat.

W rankingach wygrywają aglomeracje średniej wielkości – Auckland zamieszkuje ok. pół miliona mieszkańców (całą aglomerację 1,5 mln) – z krajów wysoko rozwiniętych, o niedużej gęstości zaludnienia, dzięki czemu unikają zatłoczenia, korków, stresu, straty czasu i pieniędzy. Wpływa to również na duże zaufanie społeczne, niską przestępczość, bogaty rynek pracy czy szeroką ofertę kulturalno-rekreacyjną, która wpływa na ich dobre samopoczucie. Kiwi style – luz, uśmiech, przyjazność, rugby, jacht, piwo i burgery.

***

Auckland, Viaduct

Auckland, Viaduct

- Auckland to głowa Nowej Zelandii, Wellington to jej serce – mówi Tony, 40-letni pracownik biurowy, którego fotel męczy na tyle, żeby co trochę uciekać w podróż. Siedzimy na werandzie jego domku gdzieś w West (zachodnim) Auckland – nad głową japońskie lampy w papierowych kloszach, przed nami ściana zieleni, w ręku wytrawne, miejscowe wino.

- Jest więcej pracy, wszyscy się spieszą, bardziej zadzierają nosa niż w Welly, jest też bardziej posh i trendy – porównuje stolicę, w której się urodził i wychował do Auckland, w którym pracuje. Moją uwagę „po co się zatem przeniosłeś?” kwituje śmiechem i krótko odpowiada: „nie wiem”.

Dojazd autobusem do Tony’ego zajął mi z centrum dobre 45 minut, a żeby nie spóźnić się rano na umówione spotkanie dokładnie sprawdzam rozkład, bo tutejsza komunikacja publiczna – choć punktualna i z najmilszymi kierowcami na świecie (porozmawiają, popytają o zdrowie, jak minął dzień, podpowiedzą gdzie wysiąść) – to jest dość „dziurawa” (między autobusami jednej linii jest np. 30 minut odstępu). Niestety jest też droga, jak na polską kieszeń w Nowej Zelandii – najtańszy bilet kosztuje ok. 3$ NZL, ale z każdą kolejną strefą, a tych przy tutejszych odległościach w mieście jest sporo, rośnie do 4,5 czy 5$ (1$ NZL ~ 2,7 zł).

- To prawda, ani w Auckland, ani w Welly transport miejski nie zachwyca, ale też nie jest zły. Inna sprawa, że większość ludzi jeździ samochodami lub rowerami – zgadza się Tony, który po powrocie z pracy w centrum czy innej dzielnicy, nie musi już wracać, żeby zjeść czy odpocząć. Każda część miasta ma swoje małe lub większe przytulne, samowystarczalne centrum z restauracjami, sklepami, salonami usługowymi czy nawet kinem. A już nigdy w Nowej Zelandii nie brakuje boiska lub parku, aby pograć, poćwiczyć, pojeździć na rowerze lub rolkach.

***

Rower był podstawowym środkiem transportu Simone. – To moja druga przebita dętka w tym miesiącu – skarżyła się młoda blondynka z Wellington, choć nie wiem czy na swojego pecha, czy „agresywne” drogi i ścieżki rowerowe. Simone opiekowała się ogrodami ludzi w całym mieście i codziennie dojeżdżała po 20-30 km, ciesząc się tym tak samo, jak zajęciami jogi na Sri Lance i planowanym wyjazdem do USA.

- Praca ze zwierzętami czy roślinami, w naturze, czyni ludzi prawdziwymi i skromnymi – mówi Simone, która tak ufa ludziom, że nie zamyka domu i dziwi ją moje pytanie. – Raczej nie trzeba. Wellington jest spokojne, a Nelson, w którym się wychowałam, już absolutnie. Kiwi (jak mówią o sobie Nowozelandczycy) są dumni ze swojego kraju, ziemi, rodzin, a poza tym szczerzy, przyjaźni, lojalni, ale czasem nieco niedostępni, choć w dzisiejszych czasach wszystko jest na jedno kliknięcie – kończy ze śmiechem, przypominając sobie, że po przeprowadzce wciąż nie założyła internetu. – Będzie w przyszłym tygodniu – krzyczy, wybiegając do ogrodu.

***

Rowery wodne w dawnym basenie portowym wyglądają dość nierealnie, jak ruchoma makieta wkomponowana między budynki nabrzeża a wysokościowce centrum. Za muzeum Te Papa na niewielkim targu kebaby konkurują z „best lamb roti wrap” i burgerami z dziczyzny. Dzieciaki bawią się na placu zabaw, nieco starsi wypożyczają kajaki morskie lub korzystają ze ścianki wspinaczkowej. Tłumy zdążają do Te Papa, uważanego powszechnie za najlepsze muzeum w kraju i jedno z najciekawszych na świecie, i muzeum Wellington City&Sea. Nie brakuje chętnych na wczesny lunch z owoców morza w Dockside i Shed 5.

Wellington Waterfront

Wellington Waterfront

Nabrzeże stolicy (Wellington Waterfront) to jedno z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich byłem i jeden z najciekawszych przykładów rewitalizacji przestrzeni portowo-industrialnej. Rozpoczęty w 1987 r. proces sprawił, że z zaniedbanej, częściowo zdewastowanej dzielnicy stała się miejscem relaksu, wypoczynku, celem wycieczek gastronomicznych i kulturalnych z mariną, teatrem (Circa Theatre), muzeami, galeriami sztuki, butikami, apartamentami i barami w odnowionych, często jeszcze drewnianych, budynkach sprzed 100 lat lub późniejszych art deco.

Shed 5 to stary magazyn, dziś lubiana restauracja; inny skład Shed 11 gości dziś Nowozelandzką Galerię Portretów, dawna poczta Herd Street Post and Telegraph Building zamieniono w Chaffers Dock (mix apartamentów, restauracji i sklepów), a duże kule imitujące pachołki cumowe wyznaczają drogę.

Wellington Waterfront

Wellington Waterfront

Wellington Waterfront to powiew świeżości; początek lub koniec miasta; stąd nigdzie nie jest daleko. Wszystkie najważniejsze sprawy załatwia się w okolicy. Administracja, zakupy, imprezy dzieją się w okolicy. Lambton Quay i Courtenay Place do południa, Cuba St i Taranaki St na wieczór. I żyje się równie dobrze, jak w Auckland – we wspomnianym rankingu Mercera stolica Nowej Zelandii zajęła 12. miejsce. Różnica nieistotna statystycznie.

Edenem Wellington jest Kelburn, na które od 112 lat wywozi urocza czerwona kolejka. Ze wzgórza widać skupione wokół zatoki wieżowce i osiedla przycupnięte na zboczach, dachy uniwersytetu Salamanca mijanego po drodze; zieleń i biel. Na Kelburn rozgościł się urokliwy ogród botaniczny i obserwatorium astronomiczne. Bliżej stąd do gwiazd niż gwaru ulicy.

Wellington, kolejka na Kelburn i widok na miasto

Wellington, kolejka na Kelburn i widok na miasto

„Jeśli masz zobaczyć tylko jedno miasto w Nowej Zelandii, niech to będzie Wellington” – powtarzał mi Tony, starsza pani wywożąca mnie na stopa z Taupo i wszystkie fora internetowe o podróżach. Zgadzam się, ale wciąż nie mogę wymyślić sposobu, jak wrócić do Nowej Zelandii i ominąć zarówno Auckland, jak i Wellington. To, co najpiękniejsze w Nowej Zelandii, nie ma w sobie ani grama stali i szkła.

***

Atrakcje i informacje (nie tylko) praktyczne:

Auckland jest największą metropolią Nowej Zelandii. W aglomeracji zamieszkuje ok. 1,5 mln ludzi, co stanowi ponad 30 proc. całej ludności kraju. Tutaj najwyraźniej widać rosnący udział Azjatów w populacji (11,8% wg cenzusu 2013, wzrost z 9,2% w 2006 r.) – to główny przystanek dla Chińczyków z kraju i Hongkongu, ale i całej Azji Południowo-Wschodniej (duży odsetek z nich to studenci, ale wycieczki, które pojawiają się w zoo, na górze Eden, przy Sky Tower to niemal wyłącznie Azjaci). Wzdłuż głównych ulic po „Japanese food” następuje „Malaysian cuisine”, a później tajski masaż i hinduska medytacja. Nie brakuje też przybyszów z Oceanii – Tonga, Samoa czy Fidżi.

Dla mnie największą atrakcją jest jego położenie – piękne plaże, zatoki, lasy, możliwość rejsów na jedną ze spokojnych wysp zatoki Hauraki: Rangitoto, Motutapu czy Waiheke.

Urokliwym miejscem jest Viaduct – port jachtowy tuż przy centrum z muzeum morskim i restauracjami oferującymi owoce morza (ceny…).

Większość turystów krąży wokół Queen Street i sąsiednich ulic – tu jest najwięcej pubów, restauracji, hosteli, sklepów outdoorowych czy z pamiątkami (wszystkie prowadzą Azjaci); ulicznych grajków i performerów. Plecak można zostawić w przechowalni na dworcu Britomart (ok. 1$ za godzinę). Jedzenie: warto rozglądać się za promocjami typu kawa+muffin za 3$ czy porcja sushi za 5-6$ (Nowa Zelandia jest droga, nawet bardzo; dobry burger kosztuje min. 10$).

Zawsze idą do Sky Tower – to zresztą punkt orientacyjny; trudno stracić z oczu budowlę o wys. 328 m. Atrakcja tradycyjna: platforma widokowa 360 stopni; atrakcje dla odważniejszych: Sky Walk na krawędzi i SkyJump czyli bungee. Ceny za wjazd na platformę SkyTower: 28$ dorośli, dzieci 6-14 lat 11$, studenci i backpackerzy (tak, Nowa Zelandia!): 18$. SkyWalk: 145$/125$, SkyJump: 225$/195$.

Inne atrakcje Auckland: punkt widokowy Bastion Point (ładny ogląd zatoki), urokliwa Parnell Village – najstarsza dzielnica miasta z XIX-wiecznymi, drewnianymi domkami mieszczącymi sklepiki i knajpki, Auckland Museum czy morski park rozrywki Kelly Tarltons. Ze względu na duże odległości w mieście można skorzystać z Auckland Explorer Bus, który pozwala wsiąść/wysiąść gdzie chcemy (40$).

Wellington było dla mnie przyjaźniejsze niż Auckland – mniej ludzi (aglomeracja ok. 400 tys.), więcej przestrzeni w centrum, więcej atrakcji – kto lubi zabytki i zwiedzanie miast, niech w ogóle nie jedzie do Nowej Zelandii :) Trudno jest jednak zupełnie ominąć i Auckland (główne lotnisko), i Wellington (promy na Wyspę Południową).

Na uroczym nabrzeżu i w okolicach można spędzić naprawdę sporo czasu. Odwiedzam głównie muzea sztuki, ale absolutnie nie żałuję wstępu do Te Papa Tongarewa – Muzeum Narodowego Nowej Zelandii. Nowoczesne, świetnie zorganizowane, interaktywne i wciągające wystawy o Ziemi, zachodzących w niej procesach i żywiołach (np. jak NZ radzi sobie z trzęsieniami ziemi), faunie i florze kraju, historii, dziedzictwie Maorysów, etc. Ważna informacja praktyczna: w Te Papa jest darmowe, szybkie Wi-Fi (rzecz bardzo cenna w NZ, bo w większości przypadków jest dla gości lub płatne) i można zostawić plecak w przechowalni (też za darmo).

Warto odwiedzić Zealandię – rezerwat dzikiej przyrody Karori odtwarzający naturalne środowisko kraju, z endemicznymi gatunkami.

9 comments on “Najlepsze miasta do życia? Auckland i Wellington – atrakcje i informacje praktyczne
  1. Szanowny Panie Pawle,
    Z ciekawością przeczytałem Pańską opowieść o tym niebanalnym miejscu. Dobrze, ze się nie zraziłem tytułem, bo przyjął Pan – nie wiedzieć czemu – zasadę pisania każdego słowa wielką literą. Wygląda to fatalnie i nie jest zgodne z polską normą językową. Tak wiec zamiast „Najlepsze Miasta Do Życia? Auckland i Wellington – Atrakcje I Informacje Praktyczne” proszę o wersję „Najlepsze miasta do życia? Auckland i Wellington – atrakcje i informacje praktyczne”. I już wszystko będzie pięknie.
    Serdeczności
    Waldemar

    • Panie Waldemarze,
      dziękuję za miłe i gorzkie słowa. Cieszę się, że tekst się podobał.
      Tytuł pisany wielkimi literami nie jest jednak moim błędem ani wymysłem – to anglocentryczny szablon bloga, którego sam nie jestem w stanie zmienić, ale staram się rozwiązać sprawę systemowo. Absolutnie zgadzam się, że źle wygląda i jest niepoprawne – mam nadzieję, że wkrótce będzie to w zwykłej formie.

  2. Witam To też dla mnie podróż sentymentalna, bo byłam w 2012 – w październiku. Dodatkowo i zdecydowanie polecę Rotorua, jako centrum kultury maoryskiej. Bo to tak naprawdę był / jest ich kraj- Aotearoa- kraj Wielkiej Białej Chmury .., Panie Pawle, serdecznie dziękuję za tego bloga, mam też swój, podróżniczy, nie wiem czy można podać, kiaora12.blogspot.com- tam mam także o Tonga i hawajach …, Pozdrawiam serdecznie- Joanna Grabska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook